Liczydło

Historię poznało czarodziei

Księga

Obejrzyj ślady czarodziei
Wypowiedz zaklęcie

O mnie


Poznaj
Ukochaj

Pozostało w pamięci

2006
grudzień (1)

2007
styczeń (2)
luty (4)
marzec (1)
sierpien (1)

2008
styczeń (1)
luty (1)



Magiczne sznurki
Dokąd cię zaprowadzą?




Magiczne stowarzyszenia



Magiczne Melodie

Muzyka z MusicLib

Szablon

Lay and html by : Marhianne
z obrazków znalezionych w Google
tylko i wyłącznie dla granger-i-malfoy




www.zycie-bez-zludzen.mylog.pl >> sobota, 23 lutego 2008 16:46:39
Witajcie!
Chciałam was powiadomić, że założyłam nowy blog. Ukazała się tam już pierwsza notka. Byłabym niewymownie wdzięczna gdybyście odwiedzili go i napisali w komentarzu, co wam się podoba, co się nie. Adres bloga: www.zycie-bez-zludzen.mylog.pl Liczę na was.

komentarze [4]

Świat łez jest taki tajemniczy >> sobota, 19 stycznia 2008 11:12:37
O nowej notce będę powiadamiała tylko przez gg, więc każdy, kto chce wiedzieć o jakiś nowościach na blogu niech poda swój numer gg w Księdze Gości.


Ciemna spokojna noc. Zza gęstych chmur spogląda nieśmiało okrągły księżyc. Gdzieś w oddali słychać skowyt wilkołaków. Prawie wszyscy uczniowie Hogwartu kroczą już po ścieżkach swojej podświadomości lub mówiąc zwyczajnie – śpią. W kominku Pokoju Wspólnego Gryffindoru trzaska wesoło ogień. Na bordowo złotym dywanie leżą sterty zwojów, a przy niewielkim stoliku siedzi dwóch czarodziei. Pierwszy o kruczoczarnych włosach, zielonych oczach, na których spoczywają czarne okulary i z charakterystyczną blizną na czole, szuka czegoś w grubej księdze. Drugi chłopak z piegowatym policzkiem położonym na w połowie zapisanym pergaminie i z rudymi włosami teraz sterczącymi we wszystkich kierunkach.
- Poddaję się – powiedział czarnowłosy chłopak, zatrzaskując przed chwilą przeglądaną książkę. – Jutro dokończę ten referat dla McGonagall.
- Uhm – dobiegł pomruk ze strony na wpół śpiącego rudzielca.
- Idziesz Ron? – Spytał okularnik, zbierając pergaminy z podłogi i wrzucając je nieostrożnie do szkolnej torby.
Chłopak jeszcze nie do końca obudzony kiwa posłusznie głową jednocześnie przecierając zaspane oczy dłonią. Szkolną szatę ma bardzo wygniecioną i trochę za krótką. Naszywka z wizerunkiem lwa przyszyta do szaty po lewej strony klatki piersiowej, unosi się i opada wraz z każdym oddechem właściciela.
- Harry – mówi Ron, wchodząc leniwie za przyjacielem po schodach, prowadzących do dormitorium chłopców. Kiedy ten się odwraca i spogląda na niego pytającym wzrokiem, dokańcza – wtedy po rozmowie z Nevill’em nie powinienem był się z tobą kłócić, no ale nie jestem Hermioną i nie zawsze wiem jak mam się zachować i co powiedzieć. Sorry – powiedział i lekko się zarumienił.
- Już mnie przepraszałeś– stwierdził Potter, wznawiając wchodzenie po schodach.
- Wiem, ale...
- W porządku Ron – przystanął – to w końcu była też moja wina. Daj mi skończyć. – Powiedział, widząc jak jego przyjaciel otwiera usta żeby zaprotestować. – Nie potrzebnie na ciebie nakrzyczałem. Skąd miałeś wiedzieć, co czuję ja czy Neville? Po prostu zapomnijmy o tamtym. Ok? – Spytał patrząc na Weasley’a.
- Więc nadal jesteśmy przyjaciółmi? Pytanie zadane bardzo niepewnym głosem, zmusiło Harry’ego do szerokiego uśmiechu.
- Jasne, że tak – powiedział, a oblicze Rona rozjaśnia się tak jak spragnionego wędrowca na pustyni, który nagle znajduje studnię z wodą. – A teraz chodź spać, bo jutro czekają nas dwie godziny ze Snape’m. Uśmiech Rona nieco przygasa, ale obaj wchodzą cicho do dormitorium i nie mając nawet siły na założenie piżamy, zasypiają w szkolnych szatach.
* * *
Tymczasem w oddalonym od Hogwartu, co najmniej kilka tysięcy kilometrów łóżku, wierciła się niespokojnie nastoletnia czarownica. Burza gęstych loków opadała na jej mokrą od potu twarz. Z pod mocno zaciśniętych powiek wpłynęły dwie łzy i po wspólnym tańcu na mocno zarumienionym policzku, zniknęły w białej poduszce. Z drżących ust dziewczyny wydobył się przejmujący krzyk. Dyżurujący uzdrowiciel natychmiast pobiegł w stronę sali, w której leżała pacjentka. Wbiegł przez drzwi z numerem siedem do pomieszczenia. Na typowo szpitalnym łóżku zobaczył wyraźnie przerażoną czarownicę. Wymachiwała dziko rękami i nogami jakby się przed kimś broniła. Z jej szeroko otwartych ust wydobywała się cała kakofonia dźwięków. Do uszu uzdrowiciela początkowo dochodził wysoki pisk, później przerażony krzyk, a teraz pacjentka szeptała coś drżącym głosem. Podszedł do dziewczyny i położył jej rękę na czole. Była rozpalona. Wyciągną szybko różdżkę z kieszeni fartucha i mrucząc łacińską inkantację, skierował ją na pacjentkę. Dziewczyna wciąż kręciła się niespokojnie, ale z ust nie wydobywał się nawet najmniejszy szmer. Różdżka Devlin’a Whitehorn jak wskazywał identyfikator na fartuchu, zatrzymała się przy głowie dziewczyny, drgając niecierpliwie.
- Siostro! – Zawołał mężczyzna wychodząc na korytarz. Był to wysoki czarodziej. Mimo że nie mógł mieć więcej niż czterdzieści lat to w jego krótkich włosach było z pewnością więcej srebrnych pasm niż czarnych. Miał pociągłą twarz, mądre niebieskie oczy i dość wydatny nos. Usta zwykle rozciągnięte w szerokim uśmiechu, teraz zaciśnięte w wąską linię jak zawsze, kiedy bał się o jakiegoś pacjenta. Kiedy zobaczył spieszącą ku niemu Gretę Catchlove – wykwalifikowaną pielęgniarkę, powiedział zdecydowanym głosem:
- Zaklęcie morbpraceptu* pokazało, że coś dzieje się w mózgu panny Granger. Wezwij Toma i przynieś eliksir na obniżenie temperatury. Tylko szybko!
- Już się robi. – Rzekła i czym prędzej udała się do składziku z eliksirami.
Uzdrowiciel wrócił na salę numer siedem i ponownie podszedł do chorej dziewczyny. Już nie rzucała się na łóżku tak jak poprzednio. Teraz leżała spokojnie z lekko rozchylonymi ustami, ciężko oddychając.
- Wszystko będzie dobrze – powiedział cicho, wbijając igłę w jej rękę. Wśród uzdrowicieli Kliniki Magicznych Chorób i Urazów Szpitala Świętego Munga panowało powiedzenie: „Jeśli ci życie miłe to nie ufaj mugolskiej medycynie”. Często też żartowano, że ci szarlatani – jak wielu uzdrowiciele nazywało niemagicznych lekarzy, używając jakiś zastrzyków, robią więcej szkody niż pożytku. Jednak Devlin Whitehorn nie zgadzał się z tym. Oczywiście uważał, że niektóre z mugolskich leków są całkowicie zbędne, ale bardzo pochwalał używanie wenflonów. Przecież wiele eliksirów nie może być podawane doustnie pacjentowi, który jest nieprzytomny, a wenflon rozwiązuje sprawę. Kiedy przedstawił swój punkt widzenia innym uzdrowicielom ci wyśmiali go i odtąd zyskał ksywkę „uzdromug”. Od bardzo dawna nie stosował mugolskich odkryć na pacjentach. Zwykle magia wszystko załatwiała, a poza tym nie każdy, kto ma w żyłach magiczną krew dobrze reaguje na leczenie inne niż magią i eliksirami. Wiązało się to, więc z pewnym ryzykiem, ale nie jest przecież czymś normalnym, że młoda dziewczyna, która ma zostać następnego dnia, wypisana ze szpitala, dostaje nagle wysokiej temperatury i zaczyna majaczyć.
- Proszę. O to eliksir, o który pan prosił. – Rozległ się cichy głos przy uchu uzdrowiciela i po chwili usłyszał brzdęk fiolki stawianej na szafce przy łóżku pacjentki. – Widzę, że znowu zakłada pan te weleflony. – Powiedziała pielęgniarka, patrząc z dezaprobatą na mężczyznę.
- Nie weleflony, a wenflony. Gdzie jest Tom? – Spytał uzdrowiciel, odmierzając dokładnie wyliczoną dawkę eliksiru.
- Nie było go w domu. Jego żona powiedziała, że chyba poszedł do Dziurawego Kotła, ale to było już dość dawno i pewnie jest już mocno wstawiony – powiedziała pulchna pielęgniarka, wzruszając ramionami. Spojrzała ukradkiem na Whitehorn’a, podającego pacjentce za pomocą typowo mugolskiej strzykawki eliksir. Kiedy skończył, spojrzał na kobietę.
- Więc ściągnij mi tu kogoś innego. – Rzekł surowo.
- Próbowałam, ale prawie nikogo nie ma w domu. Zastałam tylko Smethwycka.
- Przecież on jest od urazów magizoologicznych. Nie zna się na na urazach pozazaklęciowych. Cholera – zaklął cicho pod nosem. On mi tu w niczym nie pomoże.
- Więc mam go wezwać? – Spytała pielęgniarka.
- Nie. Przynieś jeszcze eliksir przeciwbólowy – powiedział, a kobieta kiwnęła głową i po raz kolejny poszła w stronę składziku.
* * *
- Ron obudź się. Szybko, bo nie mamy czasy. Ron! – Krzyczał Potter, próbując obudzić swojego przyjaciela z głębokiego snu. – Ron miej litość – mówił, potrząsając chłopakiem, próbując jednocześnie założyć skarpetki. Po pięciu minutach wysiłku mającego na celu, obudzenie Weasley’a, przyszedł czas na drastyczne środki.
- To się chłopie doigrałeś. Aguamenti Ron oblany strumieniem lodowatej wody, zerwał się z krzykiem z łóżka i ze złością w oczach spojrzał na Harry’ego, który starał się znaleźć swoją pracę domową.
- Dlaczego mnie obudziłeś? Harry myślałem, że już nie jesteś na mnie zły. Człowiek chce normalnie pospać, a tu...
- Dobra Ron przestań. Nie mamy czasu. O jest! – Wykrzyknął ucieszony, znajdując szukany pergamin pod stertą ubrań – jesteśmy spóźnieni! – Powiedział, siadając na łóżku i patrząc na rudzielca.
- Na co?
- Właśnie zaczęły się eliksiry, więc z łaski swojej się pospiesz.
- O żesz! – Krzyknął Ron i w pośpiechu chwytając ubrania, pobiegł do łazienki żeby się przebrać. Wyszedł po trzech minutach, szybko złapał torbę z książkami i wraz z Harry’m pobiegł do lochów. Wpadli do klasy, kiedy już wszyscy siedzieli w ławkach, a Snape był w trakcie sprawdzania listy obecności.
- Potter jak zwykle chce wszystkim udowodnić, że jako Złotego Chłopca nie obowiązuje go punktualne pojawianie się na zajęciach – sarknął Snape, gdy tylko chłopcy weszli do klasy – ale na moich lekcjach masz pojawiać się wraz ze wszystkimi. Czy to jest dla ciebie zrozumiałe Potter? Kiedy Harry się nie odezwał, Snape kontynuował – A póki co Gryffindor traci przez ciebie pięć punktów za spóźnienie i kolejne pięć za ignorowanie nauczyciela – dokończył z tryumfem Mistrz Eliksirów, a wśród ślizgonów rozległ się śmiech.
- To niesprawiedliwe! – Wykrzyknął Ron, wychodząc przez Harry’ego.
- Ma pan rację panie Weasley. Więc skoro tak się pan upomina to wasz dom traci kolejne pięć punktów za twoje spóźnienie. A skoro już wszystko sobie ustaliliśmy to usiądźcie w ławce chyba, że ma pan jeszcze coś do powiedzenia. Nie? To zacznijmy lekcję.
Kilka godzin później dwóch wykończonych czarodziei wracało do wieży Gryffindoru. Szli powłócząc nogami, wlokąc za sobą swoje szkolne torby. Po dwóch godzinach eliksirów, po których Snape zadał wypracowanie na stopę pergaminu, mieli transmutację i dzięki McGonagall do napisania kolejną pracę tym razem na dwie stopy. Podczas wróżbiarstwa Trelawney przepowiedziała Harry’emu kolejną śmierć, a na zaklęciach profesor Flitwick kazał Ronowi ćwiczyć za karę zaklęcie chłodzące. Ten dzień z pewnością nie był udany.
- Banialuki – powiedział Potter do portretu Grubej Damy, a ta odsłoniła dziurę do Pokoju Wspólnego gryffonów. Chłopcy od razu usiedli przy tym samym stoliku, co wczoraj i zaczęli odrabiać swoje prace domowe. Po pewnym czasie, gdy w pomieszczeniu zostali tylko oni i jeszcze kilkoro trzecioklasistów Ron powiedział na głos to, o czym od dawna oboje myśleli:
- Szkoda, że nie ma tu Hermiony.

* Zaklęcie morbpraceptu - łac. Morbus – choroba, praceptum – wskazówka . Poprawnie rzucone zaklęcie wskazuje wszelkie nieprawidłowości w działaniu narządów wewnętrznych. Zaklęcie często stosowane przez uzdrowicieli.





komentarze [5]

Zbyt wiele cierni by nie krwawić w jasnym świetle dnia. >> wtorek, 28 sierpnia 2007 20:30:26
Kiedy zginęli rodzice Harry’ego, on był zaledwie rocznym dzieckiem, więc zdarzenie to nie zachowało się w jego pamięci. Jedynie błysk zielonego światła i krzyk Lilly Evans to pamiątki po tamtej strasznej nocy. W czwartej klasie na skutek spisku Barty’ego Crouch’a mającego na celu stanie się najbardziej zaufanym śmierciożercą Czarnego Pana, na oczach Harry’ego zginął Cedrik Diggory. Potter długo obwiniał się za jego śmierć. Hermiona Granger i Ron Wesley przekonali go jednak, że nie było w tym jego winy. Kiedy Bellatriks Lestrange zamordowała ojca chrzestnego Harry’ego, chłopak przez bardzo długi czas był w melancholijnym nastroju. Później przygnębienie zastąpiła wściekłość na Bellatriks Lestrange, Dolores Umbridge, Severusa Snape’a i na siebie. Złość zaczęła zżerać go od wewnątrz. Nie ufał już dyrektorowi, nie wierzył McGonagall. W pewnym momencie chciał dać sobie spokój z tym wszystkim. Z nauką, Quidditchem, magią i Voldemortem. Jednak przyjaciele nie pozwolili mu tego porzucić. Hermiona codziennie do późnych godzin wieczornych pomagała mu nadrobić zaległości w nauce. Ron przed każdym śniadaniem latał z czarnowłosym chłopakiem na miotłach i ćwiczył do rozgrywek Quidditch’a. Dzięki przyjaciołom zyskał nowe siły do życia. Cieszył się każdym dniem, w którym nie było informacji o nowych morderstwach i kolejnych torturach niewinnych ludzi. Wciąż jednak nie mógł pogodzić się z losem. Uważał, że życie jest niesprawiedliwe. Był pewien, że nie da rady pokonać Lorda Voldemorta, a świadomość tego, że większość czarodziei i czarownic sądzi, że jest tylko kłamcą szukającym rozgłosu, nie podnosiła go na duchu. Według niego nikt mu już nie wierzył, nikt poza jego przyjaciółmi. Bardzo się wiec zdziwił, kiedy tego ranka, gdy w dormitorium gryffonów był tylko on, Ron i Neville, ten do nich podszedł i trzymając album w dłoniach otworzył na ruchomym zdjęciu przedstawiającym przytulających się mężczyznę i kobietę. Wyglądali na szczęśliwych. Chłopak zaczął im tłumaczyć, że są to jego rodzice, którzy w wyniku tortur Bellatriks Lestrange stracili zmysły i są teraz na oddziale zamkniętym w Św. Mungu.
- Ale dlaczego ona miałaby ich torturować? - Spytał Ron.
- Działali w Zakonie Feniksa. Sam-Wiesz-Kto chciał od nich informacji na temat Zakonu. Ale moi rodzice nic mu nie powiedzieli nawet po zaklęciu Cruciatus .- Głos zaczął mu drżeć, więc na chwilę zamilkł wpatrując się w widoki za oknem. Nie widział jednak majestatycznych gór. Nie zwrócił też uwagi na wylatujące sowy z wysokiej wieży. Przed oczami widział swoją mamę, która podczas jego wizyty z okazji Świąt Bożego Narodzenia wyciągała do niego dłoń z papierkiem po gumie do żucia. Niegdyś potężni czarodzieje stali się bezbronni jak małe dzieci. Najgorsze było jednak to, że go nie poznawali. Był dla nich tylko obcym chłopakiem. W Hogwarcie nie czuł tego, że był sierotą. Tutaj i tak nikt nie miał przy sobie rodziców. Dopiero, kiedy wracał na wakacje do domu odczuwał brak mamy i taty. Miał jeszcze babcię, ale to nie to samo, co rodzice. Kiedy był młodszy i wieczorem babcia kładła go spać boleśnie odczuwał brak rodzicieli. Często płakał chowając twarz w poduszce by szloch, który wstrząsał jego ciałem nie sprawił, by babcia wróciła do pokoju, bo gdyby tak się stało zaczęłaby opowiadać mu o rodzicach i o tym jak byli utalentowani. Raz, jeden jedyny raz, zaraz po tym jak przez przypadek potłukł zabytkową lampę babcia powiedziała mu, że w ogóle nie przypomina swoich rodziców. Dla Neville’a to była prawdziwa obelga. Czuł się tak gdyby swoją osobą kalał świat, w którym przyszło mu żyć, jak gdyby... Wystarczy. - Pomyślał. Zbyt wiele cierni by nie krwawić w jasnym świetle dnia.
- Neville. - Zaczął niepewnie Harry. Twoi rodzice z pewnością są dumni mając takiego syna.- Powiedział patrząc wprost w oczy chłopaka. Doskonale go rozumiał. Przecież on też nie miał rodziców. Co prawda jego rodzice zostali zamordowani przez Voldemorta, a Neville’a wciąż żyli tyle, że go nawet nie pamiętali. Już lepsza jest śmierć Pomyślał smutno Harry.
- Nie jestem pewien. Babcia mówiła, że byli oni potężnymi czarownikami, a ja, cóż...
- No racja. Ty jesteś bardziej niezdarny niż potężny. - Powiedział bez zastanowienia Ron.
- Chyba tak. Jestem zwykłą niezdarą. - Przytaknął cicho chłopak.
- Nie Neville. Ron nie miał tego na myśli. - Rzucił druzgocące spojrzenie rudzielcowi. Chodziło mu o to, że nie jesteś potężnym czarodziejem na razie. Prawda? - Spytał głosem, który obiecywał bolesne tortury, jeśli odpowiedź nie będzie twierdząca. Wesley energicznie pokiwał głową patrząc z lekkim przestrachem na Harry’ego.
- Naprawdę sądzicie, że kiedyś będę tak potężny jak moi rodzice?
- Jeśli będziesz dużo ćwiczył to na pewno. - Odpowiedział okularnik lekko się uśmiechając.
- Dzięki. To... to wiele dla mnie znaczy. Naprawdę. - Powiedział po czym podszedł do swojego łóżka i wyciągając spod niego kufer, schował do niego album dokładnie przykrywając go warstwą ubrań.
- Jest już chyba pora na obiad. - Rzekł idąc w stronę drzwi, trzymając już rękę na klamce odwrócił się w stronę Harry’;ego i Ron’a i powiedział. - Harry ja i moja babcia wierzyliśmy ci od początku, kiedy mówiłeś, że Sam-Wiesz-Kto powrócił. I chociaż pewnie ci się wydaje, że wszyscy się od ciebie odwrócili i uważają za kłamcę to pamiętaj, że pewnego przyjaciela poznaje się w niepewnej sytuacji.* tak przynajmniej mówi moja babcia. - Wzruszył ramionami, odwrócił się i wyszedł kierując do Wielkiej Sali na obiad. Kiedy przyjaciele zostali sami Ron robiąc wyjątkowo głupią minę spytał
- Co to było?
- Niby co?
- No... Przecież Neville nigdy nie był jakoś specjalnie gadatliwy, a teraz zaczął mówić i to jeszcze tak, tak - zmarszczył czoło jak gdyby zastanawiał się nad słowem które odpowiednio wyrazi to co chciał powiedzieć tak... uczuciowo.
- Ty tego nie zrozumiesz Ron. - Odparł czarnowłosy chłopak.
- Niby czemu? - Spytał agresywnym tonem. Co ten Harry sobie wyobraża - myślał że ja nie zrozumiem? JA?! Ron Wesley? On mnie po prostu nie docenia.
- Bo nie straciłeś nikogo bliskiego! - Wykrzyknął Potter. Nikogo na kim ci zależało! Masz liczną rodzinę i wszyscy się kochacie!
- Poza Percy’m. - Burknął Ron. To hańba rodziny. Chłopiec na posyłki Knota. Idiota, który pozjadał wszystkie rozumy.
- Tu nie chodzi o Percy’ego! Kiedy byłeś mały wiedziałeś, że są ludzie którym na tobie zależy! Gdy byłeś chory mama na pewno się o ciebie wyjątkowo troszczyła! Jak wracasz na wakacje do domu to wszyscy się cieszą z twojego przyjazdu! Nigdy nie będziesz wiedział jak to jest nie mieć nikogo kto cię kocha! Kogoś komu na tobie zależy nie dlatego, że jesteś jedyną nadzieją tego świata. Wybrańcem, Chłopcem - Który - Przeżył. Kogoś kto cię kocha bez względu na wszystko. - Dokończył cicho zaciskając powieki by powstrzymać łzy czające się w kącikach oczu gotowe w każdej chwili wypłynąć.
- Wiesz, co Harry? Mnie się wydaje, że ty teraz nie mówiłeś o Neville’u tylko o sobie, bo to ciebie nazywają Chłopcem - Który - Przeżył i Wybrańcem.
- Serio? Jak na to wpadłeś? - Spytał ironicznie Potter. Chociaż nie. Nie odpowiadaj. Idę na obiad. Cześć. - Powiedział, po czym szybkim krokiem wyszedł z dormitorium nie patrząc na rudowłosego chłopaka, który zastygł w bezruchu patrząc na przyjaciela z otwartymi ustami. Harry puścił się biegiem przez korytarze Hogwartu. Kiedy znalazł się przy portrecie grubej czarownicy przystanął i ciężko oddychając przyłożył czoło do zimnej ściany.
- Właściwie to nie jestem zły na Ron’a. - Szeptał. Po prostu on nie rozumie jak to jest źle się czuć i nie móc tego nikomu powiedzieć wiedząc, że zostanie się odtrąconym i wyśmianym. Nie wie tego i nigdy się nie dowie...
- Co jest Potter? - W ciszy rozległ się szyderczy głos. Gadasz sam ze sobą? To skutki tej blizny czy po prostu jesteś taki od urodzenia? Harry odwrócił się w jego stronę, a w jego oczach zapaliły się niebezpieczne błyski, gdy zobaczył, kto ze skrzyżowanymi na piersi rękoma, patrzy na niego uśmiechając się ironicznie. W Hogwarcie były tylko dwie osoby do których pałał ogromną nienawiścią. Severus Snape i Draco Malfoy, który właśnie przed nim stał. Co dziwniejsze nie było z nim jego bezmózgich goryli Goyle’a i Crabbe’a.
- Odwal się Malfoy. - Powiedział przez zaciśnięte zęby gryffon.
- Nie zamierzam.
- Gdzie są twoje goryle? Nauczyli się myśleć i doszli do wniosku, że jesteś dla nich za głupi? - Spytał Harry głosem ociekającym ironią.
- Na twoim miejscu, Potter był bym milszy. Z tego, co widzę nie ma też z tobą twojej obstawy. Znudził im się przyjaciel widzący na każdym kroku śmierciożerców?
- Ja przynajmniej wiem, co to przyjaźń. Ty możesz o tym co najwyżej pomarzyć.
- Zawsze można liczyć tylko na siebie. Przez tyle lat powinieneś już to wiedzieć.- Rzekł blondyn. Harry chociaż by chciał nie mógłby powiedzieć, że Malfoy nie jest przystojny. Blond włosy i grzywka opadająca na stalowo błękitne oczy, do tego uśmiech na widok którego wiele dziewczyn wręcz mdlało z zachwytu. Nie był ani za bardzo umięśniony, ani za szczupły. Wręcz idealny , pomyślał z niesmakiem Harry. Ciekawe ile dziewczyn uwierzyło, że charakter młodego Malfoy’a jest tak wspaniały jak jego ciało?
- Przyjaźń jest wzajemną zależnością, która opiera się na wzajemnej niezależności, Malfoy. Oznacza to, że Ron nie musi ze mną wszędzie chodzić, a mimo to pozostaje moim przyjacielem. - Powiedział i uśmiechnął się widząc jak Draco na chwilę zaniemówił.
- Podczas, kiedy ty stoisz tu i gadasz ze sobą, Wesley obżera się w Wielkiej Sali mocząc swoje ryże kudły w zupie. - Skrzywił się z niesmakiem. A swoją drogą myślałem...
- To ty myślisz? A to nowina! - Przerwał mu Harry po czym się roześmiał.
- Myślałem, że masz dwoje tak zwanych przyjaciół. - Mówił dalej jak gdyby w ogóle mu nie przerwano - a mówisz tylko o Wesley’u, a co ze szlamą? Uniósł sugestywnie brew.
- Ona nie jest szlamą! - Wykrzyknął czarnowłosy chłopak wyciągając różdżkę.
- Spokojnie Potter.- Powiedział blondyn patrząc na Harrego z nieodłącznym ironicznym uśmiechem. Co chwila spoglądał jednak na różdżkę z obawą chociaż nie wyciągną swojej.
- Chodzi mi o to, że ostatnio łazisz ciągle z Wesley’em, a szla... Znaczy Granger - poprawił się pamiętając o różdżce w ręce Potter’a - nigdzie nie widuję.
- Gdybyś rzeczywiście myślał jak powiedziałeś wcześniej to byś wiedział, że Hermiona jest w Św. Mungu. - Powiedział Harry.
- A tak. Ktoś ją zaatakował czy coś takiego. - Wzruszył ramionami.
- Nie ktoś. Jestem pewien, że to ty albo inny ślizgon. Rzekł pewnie czarnowłosy chłopak patrząc wyzywająco na Draco.
- A niby po co miałbym ją atakować? - Spytał.
- Bo ci przeszkadza, że ona nie jest czystej krwi. - Odpowiedział Harry.
- To prawda. A do tego jest molem książkowym, ale sądzisz Potter, że zaryzykowałbym dla niej wyrzucenie ze szkoły? - Zapytał ślizgon uśmiechając się jakby była to najśmieszniejsza rzecz jaką usłyszał tego dnia. I zanim Harry zdążył coś odpowiedzieć blondyn rzucając mu jeszcze jedno pogardliwe spojrzenie odwrócił się i poszedł, jak Harry podejrzewał, do Wielkiej Sali.
* * *
- Właśnie podaliśmy eliksiry po których powinna odzyskać przytomność.
- Dobrze. Czy wiadomo jakie będą skutki napaści?
- Wiemy, że zostało na nią rzucone jedno zaklęcie Cruciatusa i ono raczej nie powinno spowodować poważniejszych obrażeń. Martwi mnie jednak to uderzenie w głowę podczas upadku... Nie martwmy się jednak na zapas.
- Dumbledore?
- Tak?
- Zrobimy dla niej wszystko, co w naszej mocy.
- Dziękuję.
***
Głosy brzmiały jakby dobiegały z bardzo daleka. Otworzyła gwałtownie oczy zaraz je jednak zamknęła gdyż oślepiło ją jaskrawe światło. Spróbowała jeszcze raz, tym razem powoli podnosiła powieki. Początkowo widziała zamazane kontury dopiero po chwili jej wzrok się wyostrzył. Rozejrzała się wokoło. Leżała na łóżku, przykryta białą pościelą. Po prawej stronie stała półka z fiolkami, w których były różnokolorowe płyny. Po lewej zaś łóżko takie same jak to na którym leżała z tą tylko różnicą, że na tamtym spała jakaś dziewczyna o czarnych włosach.
- Obudziła się. - Usłyszała jak jakaś mówi jakaś kobieta. Zobaczyła, że w stronę jej łóżka podchodzi mężczyzna ubrany w biały fartuch lekarski, a obok niego kroczył inny mężczyzna z długą siwą brodą. Uśmiechał się do niej pogodnie.
- Panno Granger jak się pani czuje? - Spytał ten ubrany w biały fartuch.
- Cóż. Bywało lepiej. - Chciała się uśmiechnąć, zamiast tego wyszedł grymas.
- Czy pamiętasz co się stało? - Zapytał Albus Dumbledore przyglądając się jej.
- Tak. Pamiętam. Wiem, że ktoś mnie zaatakował kiedy szłam do Łazienki Prefektów.
- Dokładnie. - Przytaknął stary czarodziei. A czy wiesz kto to był?
- Niestety nie. - Pokręciła przecząco głową.
- Widzę, ze z pamięcią wszystko dobrze. Chyba nic poważnego się nie stało. Nie wiem tylko dlaczego wystąpiła śpiączka, ale może to był tylko skutek uderzenia w głowę. - Mówił uzdrowiciel do siebie. Sądzę, że już jutro będzie mogła wrócić do szkoły. - Zwrócił się do Dumbledore’a. O ile jej stan się nie pogorszy. - Zastrzegł.
- A tak właściwie to ile byłam nieprzytomna? Pewnie mam straszne zaległości w nauce! O rety! - Mówiła brązowowłosa.
- Spokojnie. Panno Granger. Musi pani wypoczywać. - Powiedział uzdrowiciel poczym wyszedł z sali.
- Panno Granger muszę wrócić do szkoły. Jutro pojawi się tu któryś z nauczycieli żeby zabrać panią z powrotem do Hogwartu. Do zobaczenia.
- Profesorze Dumbledore? Widząc pytające spojrzenie czarodzieja dokończyła - proszę powiedzieć Ron’owi i Harry’emu, że jutro wracam, dobrze? Dumbledore przytaknął. Uśmiechnął się jeszcze do dziewczyny i wyszedł.

*Pewnego przyjaciela poznaje się w niepewnej sytuacji. (Cyceron)

Przepraszam, że tak długo musieliście czekać na nową notkę, ale mam nadzieję, że ta wam wszystko wynagrodzi.









komentarze [30]

To nie może być prawda! >> piątek, 16 marca 2007 20:17:51
Oto nowa notka, ale od razu uprzedzam, że początek nie za bardzo mi wyszedł. Później jest już lepiej.

Mrok, odór stęchlizny i przeraźliwy chłód. Taka atmosfera towarzyszyła specyficznemu miejscu, jakim był niewątpliwie cmentarz.
Po co w ogóle dotykałam tą starą gazetę?! - Pomyślała ze złością Hermiona. Nie mogłaś przecież wiedzieć, że to świstoklik. Odezwał się cichutki głosik w jej głowie. Dziewczyna zaczęła rozglądać się wkoło. Nie dostrzegła niczego niezwykłego. Wiele nagrobków, zaniedbanych, to fakt, ale nic poza tym. Żaden anormalny widok. Kilka drzewek rosło przy starej bramie, a przy grobach leżały powyrywane z korzeniami kwiaty. Nagle w krzakach dostrzegła ruch, schowała się, więc szybko za nagrobkiem. Ruch nie ustawał, jednak wydawał się z każdą chwilą słabnąć. Hermiona zaciekawiona zaczęła powoli podchodzić do krzaków. Już prawie trzymała w swych dłoniach gałązki, kiedy usłyszała znajomy trzask, jaki pojawiał się przy teleportacji. Z przestrachem spojrzała za siebie i stanęła twarzą w twarz ze śmierciożercą. Po chwil Hermiona została otoczona. Zakapturzone postacie patrzyły na nią, a w ich oczach poza ogromną chęcią mordu dostrzegła coś jakby... Pożądanie.
- Nie masz szans. Poddaj się! - Powiedział jeden ze śmierciożerców występując z kręgu.
- Nigdy! - Krzyknęła w jego stronę wyciągając różdżkę.
- Crucio- Rzekł monotonnym głosem śmierciożerca. Dziewczyna upadła na brudną ziemię upuszczając różdżkę. Hermiona zwijała się z bólu, a łzy skapywały po jej bladych policzkach. Nie krzyczała jednak. Miała coś, co nazywane jest dumą. Ona nie pozwalała jej wykrzyczeć całego cierpienia, jakie zadało jej zaklęcie. Wiedziała, że gdyby krzyknęła byłoby to oznaką jej słabości. Nie chciała by jej oprawcy poczuli satysfakcję, nie chciała zobaczyć szyderczego uśmiechu na ich twarzach.
- Wystarczy. - Odezwał się kobiecy głos, głos dziwnie znajomy. Zaklęcie zostało natychmiast z niej zdjęte. Hermiona leżała wyczerpana na ziemi z trudem oddychając. Nagle podeszła do niej owa kobieta. Miała czarny płaszcz i kaptur zasłaniający twarz.
- Kim jesteś? - Wyszeptała wyczerpana Hermiona. Kobieta w odpowiedzi zdjęła kaptur. Hermiona ujrzała...
- Mama?! - Krzyknęła jeszcze, kiedy do jej nozdrzy dostał się przyjemny zapach. Poczuła płatki róż, zapach świeżych ciasteczek i coś jakby kminek. Co to...? - Szepnęła, zaraz po tym obraz zaczął się zamazywać. Widziała jedynie kontury śmierciożerców, czuła jak opada...
***
- Rzeczywiście! - Powiedziała szczęśliwa. Przez przypadek usłyszałam, że Hermiona umiera i... Nie dane jej było dokończyć gdyż Harry i Ron wybiegli z Pokoju Wspólnego z wyrazem niedowierzania na twarzy. Nie wierzyli, że młoda Wesley jest tak podła by cieszyć się z przedwczesnej śmierci swojej, jak myśleli do nie dawna, przyjaciółki.
- Poczekajcie! Krzyknęła jeszcze za nimi. Ona umiera, ale jest sposób żeby ją uratować... Dokończyła cicho, po czym nie widząc innego wyjścia poszła za chłopakami do Skrzydła Szpitalnego.
- Żeby tylko nie było za późno. Słowa te rozbrzmiewały w uszach dwóch chłopaków, którzy biegli najszybciej jak mogli do swojej przyjaciółki, która według Ginny Wesley, właśnie umierała. Po jakimś czasie morderczego biegu stali przed dużymi drzwiami prowadzącymi do Skrzydła Szpitalnego. Czarnowłosy gryffon zdecydowanie nacisnął klamkę i wraz z przyjacielem wszedł do środka.
***
- Żeby tylko nie zrobili czegoś głupiego. - Westchnęła młodsza siostra Rona Wesley’a przystając pod obrazem sędziwej wiedźmy, by zaczerpnąć tchu. Tak to jest jak się mnie nie słucha do końca. - Pomyślała jeszcze, po czym żwawym krokiem ruszyła przed siebie, bowiem zauważyła grupę ślizgonów idących w jej kierunku. Chciała ich wyminąć, kiedy jeden z nich złapał ją za nadgarstek.
- A tobie gdzie tak spieszno? - Zapytał uczeń domu węża. Miał rzadkie włosy o kolorze bliżej nieokreślonym. Oczy małe i szeroko rozstawione patrzyły na gryffonkę z nie małym zainteresowaniem, a jego grube palce zacisnęły się mocniej na jej ręce.
- Nie twój interes padalcu, a teraz... Puść mnie. - Powiedziała próbując wyrwać rękę z uścisku chłopaka. On był jednak znacznie silniejszy od niej.
- Na twoim miejscu byłbym milszy. - Powiedział z drwiącym uśmiechem, zaciskając mocniej palce na przegubie ręki gryffonki, co wywołało uśmiechy na twarzach jego towarzyszy.
- Ale nie jesteś na moim miejscu. - Syknęła.
- Nie jesteś brzydka, można by się z tobą zabawić... - Powiedział, na co reszta grupy parsknęła śmiechem.
- Odwal się kretynie! – Krzyknęła.
- Co tu się dzieje? - Powiedziała nauczycielka transmutacji krocząc ku nim z groźnym wyrazem twarzy.
- Nic pani profesor, my tylko... - Zaczął tłumaczyć chłopak, który puścił już nadgarstek Ginny i teraz patrzył na profesorkę z nieśmiałym uśmiechem na twarzy.
- Pani profesor, naprawdę nic się nie stało. Po prostu chcieli ode mnie spisać esej na zaklęcia. Powiedziała dziewczyna pierwsze, co jej przyszło do głowy. Mogłaby powiedzieć, co się rzeczywiście stało, ale nie miała na to czasu.
- Czy to prawda? – Spytała nauczycielska patrząc na chłopaków podejrzliwym wzrokiem. Oni pokiwali głową na znak zgody. – A więc każdemu z was odejmuję po pięć punktów za próbę ściągnięcia pracy domowej. – Powiedziała.- A teraz wracajcie do swoich dormitoriów. – Rzekła profesor McGonagall patrząc na, ślizgonów, którzy nie chętnie aczkolwiek dostosowali się do jej polecenia rzucając na odchodnym coraz bardziej nienawistne spojrzenia w kierunku rudowłosej dziewczyny.
***
Weszli do dużego pomieszczenia. Biel aż raziła w oczy. Pod ścianami stały szafki z różnymi buteleczkami pełnymi kolorowych płynów. Łóżka były dokładnie zaścielone, a wokół unosił się dobrze wszystkim znany zapach mugolskiego szpitala. Chłopcy podeszli do łóżka, na którym przez ostatnie dni leżała ich przyjaciółka. Teraz było puste. Pościel była równo zaścielona, szafka przy łóżku stała pusta. Nic nie wskazywało na to, że do niedawna leżała tu ich odwieczna przyjaciółka.
- Spóźniliśmy się... Szepnął bezgłośnie Harry Potter odsuwając się pod parawan kręcąc głową w geście zaprzeczenia. Nie mógł uwierzyć, że ona odeszła...
- Hermiona... Proszę... Nie. To nie może być prawda. - Rudowłosy chłopak osunął się na kolana, a po jego policzku popłynęła łza, później następna i po chwili całą twarz miał mokrą. Czarnowłosy chłopak patrzył pustym wzrokiem za okno. Kolejna osoba, która odeszła z jego życia. Najpierw rodzice teraz Hermiona.
- To nie może być prawda! - Wykrzyknął w przestrzeń uderzając pięścią w szafkę stojącą przy łóżku.
- Harry, ona żyje prawda? - Zapytał Ron z wielką ufnością w oczach, ale jego przyjaciel tylko pokręcił głową. - Wiesz... Ona była dla mnie kimś więcej niż przyjaciółką. - Powiedział szlochając Wesley. Potter popatrzył na niego wzrokiem pełnym zrozumienia. Po chwili jego oczy również wypełniły się łzami.
- Co się stało? - Zapytał dziewczęcy głos należący do siostry Rona. Dziewczyna przed chwilą przyszła do Skrzydła Szpitalnego.
- Co się stało? Co się stało?! Jak śmiesz w ogóle o to pytać?! Pewnie jest ci na rękę, że ona nie żyje! Taka byłaś szczęśliwa jak nam mówiłaś, że ona umiera! Teraz wszystko rozumiem! Udawałaś tylko jej przyjaciółkę jesteś podła Ginny! - Krzyczał zdenerwowany Ron, twarz miał wciąż czerwoną od łez, ale już nie płakał. Teraz był wściekły.
- Ale kto nie żyje? - Spytała spokojnie jego siostra patrząc zdezorientowana na brata i na Harrego, który widocznie był czymś przygnębiony. Patrzył smutno w okno, ale zupełnie jakby nie dostrzegał tego, co za nim się znajduje. Chłopak był myślami daleko.
- Jak śmiesz w ogóle oto pytać?! Hermiona nie żyje! Teraz jesteś zadowolona?! Osiągnęłaś to, co chciałaś?! Jak mogłaś? - Dokończył spokojnie, Ron, patrząc z wyrzutem na siostrę.
- Hermiona żyje ty imbecylu! - Krzyknęła już podenerwowana.
- Co? - Zapytał, Harry budząc się z letargu. Ginny teraz dostrzegła jego czerwone oczy. Płakał- Przemknęło jej przez myśl.
- Hermiona Granger żyje!
- Ale sama przecież mówiłaś, że umiera... - Powiedział cicho Ron.
- Mówiłam, ze umiera, ale też, że znaleźli sposób by ją obudzić. Jakbyś mnie słuchał to byś wiedział. - Dokończyła obrażonym tonem. Nie umknęło uwadze dziewczyny również to, że jej brat, kiedy ona weszła do Skrzydła Szpitalnego płakał. Pierwszy raz widziała go, by pokazywał to, co czuje i to w tak wylewny sposób.
- To w takim razie gdzie ona jest? - Zapytał Harry.
- W Św. Mungu. Pani Pomfrey nie mogła jej obudzić tutaj, ponieważ do tego potrzeba wykwalifikowanych uzdrowicieli, więc przenieśli ją do Munga.- Odpowiedziała Harry’emu.
- Czyli, że ona... ŻYJE?! - Krzyknął przejęty Ron.
- Tak.- Powiedziała uśmiechnięta Ginny.
- Musimy się jakoś do niej dostać. - Rzekł uśmiechnięty Harry. - Idziemy do Dumbledora. - Powiedział po czym we trójkę wyruszyli do gabinetu dyrektora Hogwartu.

Dziękuje wam za tak dużo komentarzy pod poprzednią notką. Przeszliście samych siebie. Proszę skomentujcie też tą.


komentarze [40]

Malfoy całuje lapiej od Zabinnego >> niedziela, 25 lutego 2007 19:58:59
- Idiota! Jeżeli ona umrze to wszystkie moje plany związane z nią legną w gruzach!
- Ależ panie to tylko głupia szlama, która nie jest ci do niczego potrzebna i...
- Crucio!
***
- Kim pan jest? - Zapytała Hermiona starszego mężczyznę.
- Moje imię nie jest ważne.
- Gdzie są moi rodzice?
- Chodź.- Powiedział
Przeszli do ciemnego pomieszczenia, które kiedyś z pewnością pełniło rolę zaplecza. Hermiona rozglądała się w koło próbując dostrzec sylwetki swoich rodziców jednak zobaczyła tylko starą gazetę leżącą na stolika.
- Gdzie oni są?! - Krzyknęła w stronę mężczyzny.
- Często to, w co wierzyliśmy przez lata okazuje się czystą mistyfikacją. Poznając prawdę czujemy się oszukani i jest to całkiem zrozumiałe, ale nie wolno zatracić się w żalu albowiem on przesłania nam granice między odwagą, a szaleństwem.
- Dlaczego mi to mówisz? Jaki to ma sens? - Zapytała Hermiona z lekkim drżeniem w głosie jednak mężczyzny już nie było. Zniknął.
- Gdzie pan jest? Proszę, niech mnie pan nie zostawia. Proszę...
- Pamiętaj nigdy nie działaj pod wpływem chwili, ale dokładnie rozeznaj się w sytuacji, w której się znajdujesz i spróbuj znaleźć rozwiązanie. - Rozległ się głos brzmiący z bardzo daleka. Wzmocniony wielokrotnie przez echo rozbrzmiewał jeszcze chwilę w głowie gryffonki, po czym umilknął.
***
- Dracusiu, co się dzieje? Jesteś jakiś nieobecny... Może potrzebujesz pocieszenia? - Mówiła czarnowłosa ślizgonka patrząc na zamyślonego chłopaka.
- Co? - Zapytał zdezorientowany.
- Mam wrażenie, że w ogóle mnie nie słuchasz. Może chcesz się rozerwać? - Powiedziała przysuwając się do blondyna. Ich twarze dzieliło najwyżej pięć centymetrów.
- Weź się debilko opanuj! - Krzyknął strącając jej dłoń ze swojego kolana.
- Och Draco, jaki ty nerwowy... - Westchnęła. Co się z tobą dzieje?! Odkąd ta szlama leży w Skrzydle Szpitalnym jesteś taki...
- No jaki?!
- Taki nieobecny. Nie słuchasz jak coś do ciebie mówię i... I nikomu nie dokuczasz!
- Słuchaj Parkinson. Nie słucham jak do mnie mówisz, bo ty nic sensownego do powiedzenia nie masz, nie dokuczam nikomu, bo przyprawiasz mnie o rozstrój nerwowy i nie mam siły! Rozumiesz?! Dotarło to do ciebie czy mam ci powtórzyć? - Powiedział z drwiącym uśmiechem młody arystokrata. A teraz wynocha z mojego pokoju! - Wykrzyknął. Dziewczyna z płaczem wybiegła nie zapominając o trzaśnięciu drzwiami.
- Idiotka. - Powiedział do siebie, po czym wziął bluzę i skierował się na horwadzkie błonia.
***
- Głupi nietoperz czy on myśli, że ja nie mam nic innego do roboty niż pisanie wypracowań o zastosowaniu kapturnika groźnego w leczeniu skutków ubocznych po złym sporządzeniu wywaru szczerości? - Mówił Potter wychodząc z sali od eliksirów.
- O ile w ogóle myśli. - Rzekł rudowłosy gryffon. - Ale swoją drogą musisz napisać to wypracowanie, a gdybyś nie miał szlabanu to mógłbyś jeszcze odwiedzić Hermionę...
- Nie moja wina, że dał Snape nie może znieść prawdy o sobie. - Powiedział naburmuszony.
- Harry, ale skoro powiedziałeś mu prosto w oczy, że jest głupszy niż podeszwa od buta to miał prawo dać ci szlaban. Nie rozumiem tylko, dlaczego odjął dwadzieścia punktów gryffindorowi skoro dostałeś już szlaban...
- Bo powiedziałem mu jeszcze, że powinien umyć włosy, bo są bardziej tłuste niż jego zadek. - Szepnął cicho chłopak.
- To, dlatego miał taką minę! A tak poza tym to dobrze żeś mu powiedział.- Rzekł rozradowany Ron.
- Taa. Wiesz, może chodźmy już do dormitorium. Trzeba napisać to idiotyczne wypracowanie, a skoro nie ma Hermiony musimy wszystko zrobić sami. - Powiedział brunet, wchodząc po schodach.
- Ok. Harry... Potter popatrzył na przyjaciela pytającym wzrokiem. -Kiedy ona się obudzi? Od tygodnia już leży w Skrzydle Szpitalnym.
- Nie wiem Ron, naprawdę nie wiem... Powiedział zamyślony. Jego przyjaciółka od tygodnia nie dawała znaku życia. Jeżeli ktoś nie wiedział, co się wydarzyło pomyślałby, że Hermiona nie żyje. Leżała na łóżku w Skrzydle Szpitalnym, a jej blada twarz zlewała się z bielą pościeli, którą była przykryta. Usta były nienaturalnie sine. Dziewczyna nie dawała żadnego znaku życia. Jedynie słabo wyczuwalny puls był oznaką, że jeszcze jest na tym świecie. Jednak, jeżeli ktoś się dokładnie przypatrzył mógł dostrzec ledwo zauważalne ruchy warg dziewczyny zupełnie jakby kogoś wołała.
- Wiara czyni cuda rudowłosy chłopak wypowiedział hasło, a gruba dama odsłoniła dziurę za portretem wpuszczając ich do Pokoju Wspólnego. Harry wraz z przyjacielem usiedli na fotelach przed kominkiem i zaczęli pisać wypracowanie na eliksiry.
- Harry! Ron! - Krzyknęła rudowłosa gryffonka podbiegając do nich szybko.
- Ginny nie widzisz, że próbujemy się skupić?! - Zapytał podenerwowany Wesley.
- Ha ha Bardzo śmieszne braciszku. Myślę jednak, że to, co przed chwilą podsłuchałam jest ważniejsze niż twoje lekcje. - Rzuciła z przekąsem.
- Ciekawe, czego się takiego dowiedziałaś. Może tego, że Malfoy całuje lepiej od Zabinnego... Nie to było w zeszłym tygodniu. A może, że Padma zgubiła swój błyszczyk... Nie, to też już było... A może...
- Ron! Przestań! Powiedział chłopiec, który przeżył widząc niebezpieczne ogniki w oczach młodszej siostry swojego przyjaciela. Kiedyś podobała mu się, ale teraz wiedział, że było to zwykłe zauroczenie. Odkąd to sobie uzmysłowił traktuje ją wyłącznie jako dobrą koleżankę. Więc czego się dowiedziałaś Ginny? - Zapytał.
- Co? - Zapytała rozkojarzona.
- Zanim zaczęłaś kłócić się z Ronem. - Przyjaciel rzucił mu pogardliwe spojrzenie. – Mówiłaś, że coś ważnego podsłuchałaś...
- Rzeczywiście! - Powiedziała szczęśliwa. Przez przypadek usłyszałam, że Hermiona...

Przepraszam, że nocia taka krótka, ale bardzo chciałam wreszcie jakąś napisać, a mam bardzo dużo lekcji. Mam jednak nadzieję, że się podobała. Następna oczywiście nie wiem, kiedy będzie... Liczę na dużą ilość komentarzy. Pozdrawiam.

komentarze [38]

Ona nie umrze, prawda? >> sobota, 10 lutego 2007 16:00:22
Nie wiem czy nocia jest udana, ale pisałam ją w pośpiechu. Chciałabym aby każdy kto ją przeczyta dał komcia co o niej sądzi. Przypominam, że odtąd będę powiadamiała tylko tych którzy wpiszą się do księgi gości.

- Moi drodzy dziś, wczesnym rankiem w murach tego zamku miała miejsce tragedia. Uczennica 6 roku Hermiona Granger została zaatakowana. Ktoś rzucił na nią jedno z zaklęć niewybaczalnych mianowicie Cruciatusa.
Przez salę przeszedł szmer nie dowierzenia. Dumledore uciszył uczniów ruchem ręki.
- Panna Granger jest w ciężkim stanie i w wyniku licznych obrażeń ciała zapadła w śpiączkę. Miejmy nadzieję, że szybko się obudzi... A teraz smacznego. - Zakończył przemówienie dyrektor Hogwartu.
***
- NIE!- Krzyk Harrego Pottera, chłopca, który przeżył rozniósł się po błoniach płosząc ptaki z drzew.
- Ciszej! – Powiedział na pozór spokojnie Ron.
Dwoje przyjaciół Hermiony Granger stało na błoniach. Piegowaty Ronald Wesley powtarzał przyjacielowi to, co powiedział dyrektor na śniadaniu w Wielkiej Sali. Harry nie pojawił się na uczcie, ponieważ zaspał.
- Ron... Zaczął chłopiec z blizną w kształcie błyskawicy na czole. Ona nie umrze prawda? - Zapytał, chociaż doskonale wiedział, że ich przyjaciółka ma niewielkie szanse na przeżycie.
- Oczywiście, że nie umrze! Zobaczysz niedługo obudzi się ze śpiączki i jak tylko wyjdzie ze Skrzydła Szpitalnego pójdzie prosto do biblioteki. - Powiedział, chociaż sam nie wiedział, kogo on przekonuje. Swojego przyjaciela, który stracił wszystkie bliskie mu osoby czy samego siebie.
Postali jeszcze chwilę nad jeziorem i udali się w stronę zamku.
***
Za piętnaście minut dwudziesta druga Hermiona teleportowała się pod opuszczony budynek. Szyby były pokryte grubą warstwą kurzu i wielu miejscach pęknięte. Ze drzwi schodziła brązowa farba, a sam budynek wyglądał jakby miał zaraz runąć. Okolica również nie cieszyła się dobrą reputacją. Liczne bójki i wojny gangów osiedlowych to codzienność. Dziewczyna podeszła do drzwi i zdecydowanym pchnięciem je otworzyła. Weszła cicho do środka ściskając dłoń na różdżce. W jej nozdrza dostał się zapach zgnilizny i potu. Początkowo nic nie widziała dopiero po chwili, kiedy jej oczy przyzwyczaiły się do mroku panującego wewnątrz zobaczyła spróchniałe krzesła i stoliki. Ladę pokrywała gruba warstwa kurzu, a u sufitu wisiały pajęczyny. Mały pajączek próbował wspiąć się na półkę, na której kiedyś musiały znajdować się wysoko procentowe napoje w tej chwili jednak stała pusta. Kiedy był już prawie u celu swej wspinaczki działo się coś, co mu to uniemożliwiało. Wzrok Hermiony spoczął przez chwilę na pająku.
- On wie, że daremne są jego próby dostania się na półkę gdyż jest jeszcze mały i niewiele potrafi mimo to nie poddaje się. Walczy, bo wierzy, że uda mu się osiągnąć cel. Jest zdesperowany i dlatego nie widzi niebezpieczeństwa płynącego z jego postawy. Przecież gdyby tylko popatrzył uważnie dostrzegłby inne wyjście z sytuacji. - Powiedział męski głos.
- Kim jesteś? Pokaż się! - Powiedziała odważnie Hermiona odrywając wzrok od pająka.
Z cienia wyszedł mężczyzna lekko przygarbiony, z dużym nosem i ciemnymi oczami. Włosy, niegdyś czarne przeplatały pasma siwizny. Wyglądał na sześćdziesiąt lat.
***
(skrzydło szpitalne)
Szesnastolatek, z czarnymi zwichrzonymi włosami i intensywnie zielonymi oczami siedział przy łóżku swojej przyjaciółki.
-Mionka obudź się, nie możesz zostawić mnie i Rona samego. Co my bez ciebie zrobimy? Chciałabym znów usłyszeć jak pouczasz mnie i Rona gdy prosimy cię o pomoc w wypracowaniu. Chcę znów zobaczyć jak uśmiechasz się, kiedy zdobywasz punkty dla naszego domu. Odkąd tu leżysz wszyscy gryfoni są na lekcjach rozkojarzeni, dzisiaj nawet Nevill oblał przez przypadek Snape eliksirem, przez co dostał szlaban na miesiąc, a Hagrid ze smutku odwołał dzisiejsze zajęcia. Jest teraz u siebie w chatce i nikogo nie chce widzieć. Każdy cierpi, dlatego, że tu leżysz. Nawet Malfoy, ostatnio podszedł do mnie i...
- Panie Potter, co pan tu jeszcze robi?! Proszę wracać do siebie! Krzyknęła pani Pomfrey
- Ale...
- Nie ma ale natychmiast ma pan opuścić skrzydło szpitalne!
- Przyjdę jutro. - Szepną cicho nieprzytomnej przyjaciółce na ucho, po czym opuścił skrzydło szpitalne.

komentarze [15]

wyjaśnienie >> piątek, 2 lutego 2007 07:46:30
Chciałam dodać małe wyjaśnienie co do notki.Więc tak...Hermiona leży w skrzydle szpitalnym i jeszcze raz przeżywa to co działo się w wakacje.Voldemort podpisał list z dwóch powodów.Po pierwsze jak piszecie do kogoś list to się pod nim podpisujecie prawda? A po drugie jeżeli by go nie podpisał to skąd by Hermiona wiedziała,że jest akurat od niego?A dlaczego w pubie? Napisał,że Hermiona ma się zjawić w OPUSZCZONYM pubie nie napisał,że tam się z nią spotka.Zresztą wszystko wyjaśni się w kolejnych nociach.Co do błedów ortograficznych i interpunkcyjnych to mam coś z Wordem i nie pokazuje błędów.Pozdrawiam i zapraszam do KOMENTOWANIA!
komentarze [14]

porwanie >> czwartek, 1 lutego 2007 16:23:06
Notkę w całości dedykuję Kasi, która pisze tak miłe komcie na moim blogu.

Mrok panujący wokoło był przytłaczający.Groźne cienie prześlizgiwały się po ścianach nadając pomieszczeniu groźny wygląd. W ciszy słychać było tylko dwa równe oddechy.Jeden należał do młodej dziewczyny śpiącej smacznie na łóżku,a drugi?Nagle w ciemność „wkradł się” zielony błysk.
-Ktoś tu jest? – Zapytała brązowowłosa dziewczyna siadając gwałtownie na łóżku.
Zamiast odpowiedzi coś zgrabnie wskoczyło na jej łóżko sadowiąc się na jej kolanach.
-Dobrze,że to tylko ty Krzywołapku-zwróciła się dziewczyna do kota głaszcząc go jednocześnie za uchem.-Pewnie jesteś głodny...
Kot w odpowiedzi zamruczał cicho.
Nastolatka zgrabnie wstała z łóżka podeszła do dużego okna i rozsunęła zasłony.Jej oczom ukazał się znany widok. Duża akacja pokryta różowymi kwiatami, które swą barwą i zapachem kusiły pszczoły. Przypomniała sobie, że zawsze, kiedy była zła lub smutna siadała pod drzewem i to przynosiło jej ukojenie. Pod tą akacją przeżyła wiele „pierwszych razyPierwszy raz całowała się z chłopakiem, pierwszy raz pokłóciła się z przyjaciółką. Gdy dowiedziała się, że zmarł jej dziadek pierwsze kroki skierowała ku akacji i przepłakała pod nią całą noc.
-Oj tak, jeżeli ktoś zna wszystkie moje tajemnice to właśnie to drzewo-powiedziała do siebie i uśmiechnęła się na myśl o wspomnieniach.
Jej zadumę przerwało nerwowe mruczenie kota.
-Już idę,ale ty niespokojny. Poczekaj na mnie a ja ci przyniosę z kuchni coś do jedzenia-zwróciła się do kota i zeszła schodami na dół gdyż właśnie na dole mieściła się kuchnia.
Mamo! Tato!,Jest ktoś w domu?
Odpowiedziała jej cisza.
Dziwne...Przecież jest sobota a do tego wakacje, więc gdzie oni są? Pomyślała.
Nagle do okna zapukała sowa. Hermiona podeszła do okna i ją wpuściła Zwierzę nie należało do żadnego z jej przyjaciół. Była czarna jak smoła, a czerwone oczy wzbudzały lęk. Kiedy tylko nastolatka odwiązała list, ta szybko odleciała. Dziewczyna miała złe przeczucia. Czyżby to intuicja? Drżącymi dłońmi otworzyła kopertę. Treść listu brzmiała następująco:
Jeżeli chcesz zobaczyć swoich rodziców żywych to bądź sama o 22:00 w opuszczonym pubie na obrzeżach miasta.
Lord Voldemort
Dziewczyna nie mogła uwierzyć, że jej rodzice zostali porwani przez Voldemorta. Oni są tylko mugolami, a po co Voldemortowi mugole?! A może mu chodzi o mnie? Tyle, że, na co mu jakaś, szlama?- Myślała Hermiona. Przecież w domu nie ma śladów walki, czyżby się nie bronili?!
Dla pewności przeszukała cały dom za każdym razem nawołując rodziców. Gdy sprawdziła wszystkie pokoje w domu zaczęła do niej docierać powaga sytuacji. Przecież jej rodzice zdani są na łaskę najokrutniejszej osoby na świecie! Została ostatnia szansa. Gabinet rodziców. Powolnym krokiem podeszła do drzwi i z ogromnym lękiem otworzyła je. To, co tam zobaczyła przerosło jej najśmielsze oczekiwania. Pomieszczenie było zdemolowane. Krzesła połamane, dokumenty rozrzucone po całym pokoju. Kiedy to zobaczyła straciła nadzieję, a ponoć to ona umiera ostatnia. Dziewczyna osunęła się na ziemię, a jej ciałem, co jakiś czas wstrząsały dreszcze wywołane przez spazmatyczny szloch.
-Nie poddam się- powiedziała po godzinie Hermiona wstając z zimnej podłogi w gabinecie. Jeszcze jest nadzieja-pomyślała i poszła do swojego pokoju, aby się ubrać.
************
-Albusie, ona...
-Żyje? -Przerwał pielęgniarce dyrektor.
-Tak, ale...Albusie powiem szczerze, ja niewiele mogę. Dostała bardzo silnym cruciatusem.
Może powinniśmy przewieść ją do Św. Munga...
-Nie, to od niej zależy czy przeżyje. To ona musi zdecydować czy chce żyć...Poinformuj mnie, gdy jej stan ulegnie zmianie- powiedział dyrektor Hogwartu i odszedł zmartwiony w stronę swojego gabinetu.

Mam nadzieję, że nocia się podobała chociaż moim zdaniem była średnia; nie wiem kiedy pojawi się kolejna. Mam nadzieję, że jeszcze w lutym...Mam nadzieję, że dacie komcia co o niej sądzicie.

komentarze [10]

wiersz >> wtorek, 23 stycznia 2007 20:07:05
ŻYCIE W BIEGU
Nie zastanawiasz się, co rodzicielka twoja przeżywa
Więc nie wiesz, co dusza jej skrywa,
Nie wiesz nawet czy żyć tobie jest dane
Gdyż świat tyle przeciwności ci daje
Nie wiesz czy natura figla ci nie spłatała
I w dobrym ciele żyć nakazała
Tyle pytań bez odpowiedzi pozostaje
A ty wciąż biegniesz bez końca
I próbujesz przekonać samego siebie, że wszystko wiesz najlepiej...

Nie informuję nikogo o ukazaniu się tego wiersza, bo jeżeli ktoś czeka na kolejną notkę to, po co mu zaprzątać głowę jakimś wierszem?Umieszczam go na tym blogu gdyż...Sama nie wiem, dlaczego tak jakoś...Nowa(konkretna)notka się ukarze wkrótce.Dajcie komcia, co sądzicie o tym wierszu.Jeżeli informujecie mnie o nowej notce na waszym, blogu to w księdze gości.


komentarze [14]

wypadek >> środa, 3 stycznia 2007 12:28:31

Brązowowłosa dziewczyna biegła ciemnym wydającym się nie mieć końca korytarzem. Uciekała przed kimś to pewne. Spoglądając jej w oczy widziało się przerażenie, olbrzymi strach przed czymś,a może raczej przed kimś. Biegła prosto przed siebie, nie zważała na nic.-Już niedaleko - myślała. Los jednak jest okrutny, dziewczyna potknęła się w pewnym momencie i upadła. Czuła olbrzymi ból w kolanie. Postać, przed którą uciekała zbliżyła się niebezpiecznie blisko.-Znowu się spotykamy-powiedziała zjawa głosem, który bardziej przypominał syk. Dotknął kościstym palcem jej mokrego od łez policzka i co teraz zrobisz?! -zapytał wyciągając różdżkę.-NIE!- krzyknęła brązowowłosa.
***
Ciemna pochmurna noc. Ptaki ukryły się w swoich gniazdach by tam oczekiwać pierwszego promyka słońca, który jest zwiastunem tego, iż mogą rozpocząć swe trele.Każda istota o tej porze śni o swoim świecie. O miejscu gdzie istnieją czarownice, trole, olbrzymy jednak, kiedy ci ludzie się obudzą albo nie pamiętają swych snów albo myślą, że wyobraźnia spłatała im figla. Nie wiedzą,że taki świat naprawdę istnieje. Właśnie w takim miejscu świecie magii i czarów pewna młoda czarownica nie mogła spać. Siedziała na łóżku bojąc się wykonać jakikolwiek ruch. Znowu dręczyły ją koszmary. To wszystko zaczęło się w wakacje, od tamtego czasu nie przespała ani jednej nocy spokojnie.Za każdym razem budziła się mokra od potu i ze łzami w oczach.-Czemu życie jest tak skomplikowane? - Zadała pytanie i jak zawsze nie otrzymała na nie odpowiedzi.- Dopiero czwarta - Pomyślała patrząc na zegarek, już nie usnę. - To powiedziawszy wzięła ubrania i poszła do łazienki dla prefektów. W drodze do łazienki wielokrotnie oglądała się za siebie, ponieważ miała wrażenie, że ktoś ja obserwuje. Korytarz po raz pierwszy wydawał się być tak mroczny. Postacie wychylały się zza ram obrazu żeby dowiedzieć się, kto o tak wczesnej porze chodzi po zamku. Hermiona w dalszym ciągu czuła na sobie czyjś wzrok. Wciąż mając przed oczami koszmar, który jej się przed paroma minutami przyśnił zaczęła iść szybszym krokiem, gdy była już prawie przy łazience usłyszała
- EXSPELIARMUS! Odrzuciło ją w tył z taką siłą, że upadając na marmurowe płytki rozbiła sobie głowę. Obraz powoli jej się zamazywał. Usłyszała jeszcze. - Teraz dostaniesz to, na co zasługujesz wredna szlamo,
- CRUCIATUS! Wskutek niewyobrażalnego bólu straciła przytomność.
***
(dormitorium dziewczyn)
- Gdzie jest mój błyszczyk?
- Padma, widziałaś gdzieś tę różową bluzę?
Siostry Patil w pośpiechu szukały swoich ubrań i kosmetyków.
- Hermiona znasz jakieś zaklęcie które zrobi mi jakąś fryzurę?
-.....
- Hermiona!
-....
Nie uzyskawszy odpowiedzi podeszła o łóżka Hermiony i rozsunęła kotary
- Nie ma jej! - Powiedziała rozgoryczona Padma.
- Na pewno jest już na uczcie, albo znowu w bibliotece. - Roześmiały się i w pełni gotowe zeszły do Wielkiej Sali na śniadanie. Przy stole gryffonów również nie spotkały współlokatorki i postanowiły, że po śniadaniu pójdą jej poszukać jednak szybko o tym zapomniały gdy zauważyły swoich chłopaków. Po przemowie Dumbledora wszyscy zabrali się do jedzenia. W pewnym momencie do Wielkiej Sali wbiegł jakiś szóstoklasista z ciałem młodej dziewczyny na rękach. Była w strasznym stanie. Cała posiniaczona z wieloma zadrapaniami na twarzy. Rozmowy natychmiast ustały w tedy wszystkie pary oczu były wpatrzone w Hermionę. Pani Pomftey szybko podbiegła do dziewczyny którą chłopak wciąż trzymał na rękach i zdecydowanym ale również przerażonym głosem powiedziała. - Natychmiast do skrzydła szpitalnego. Gdy Hermiona leżała na łóżku i nie dawała znaku życia, a pani Pomfrey biegała od jej łóżka do półki z eliksirami Dumbledor, który przyszedł w między czasie wypytywał chłopaka co się stało.
-A więc, panie profesorze, gdy szedłem na śniadanie przy łazience prefektów zobaczyłem ją. Leżała i była nieprzytomna,a wokół niej było pełno krwi, więc wziąłem ją na ręce i pobiegłem do Wielkiej Sali bo wiedziałem, że o tej porze wszyscy tam będą.
Dumbledore słuchał tego z kamienną twarzą, a gdy chłopak przestał opowiadać rzekł tylko - dobrze się spisałeś, dziękuję, a teraz idź na lekcje. Gdy chłopak odszedł szkolna pielęgniarka podeszła do dyrektora Hogwartu i powiedziała przez łzy.
-Albusie ona...

komentarze [8]

podróż do Hogwartu >> sobota, 30 grudnia 2006 15:36:09
- Harry! Ron! - Uśmiechnięta brązowowłosa dziewczyna biegła w stronę przyjaciół.
- Cześć Hermiona! - Powiedział chłopiec z blizną w kształcie błyskawicy na czole.
- Jak ja dawno was nie widziałam. Ron przepraszam, że nie przyjechałam do Nory, ale coś mi no....Wypadło. - Powiedziała Hermiona spuszczając nisko głowę. Źle się czuła okłamując przyjaciół, ale nie mogła powiedzieć im prawdy. Kiedyś to zrobi,na pewno, ale nie teraz. Jeszcze nie...
- Nic się nie stało tylko nudno było bez ciebie. - Powiedział rudzielec.
- Może poszukamy przedziału, bo zaraz wszystkie będą zajęte - Zaproponował Harry.
- No jasne! – Zgodziła się chętnie Hermiona.
Szukając wolnego przedziału natknęli się na chłopaka o pięknych niebieskich oczach i blond włosach. Był on jednym z najbardziej pożądanych chłopaków w szkole. Ale jego charakter był okropny. Nieczuły, złośliwy i arogancki. Tym chłopakiem jest Draco Malfoy. Odwieczny wróg Harrego, Rona i Hermiony. Jak zwykle chłopak znęcał się nad kimś. Teraz jego ofiarą był mały i śmiertelnie przerażony pierwszoklasista.
-Zostaw go Malfoy. - Powiedział Harry.
- Kogo my tu mamy. Bliznowaty, Wiewiór i Szlama. - Powiedział z drwiącym uśmiechem młody arystokrata.
Hermionie zaszkliły się oczy więc szybko spuściła głowę. Sama nie wiedziała czemu zrobiło jej się przykro gdy nazwał ją szlamą. Przecież Malfoy od pierwszej klasy ją wyzywał, ale na widok chłopaka poczuła jakiś nieznany jej dotąd uścisk w żołądku.
- Czyżby on mi się podobał? - Zapytała samą siebie w myślach. Nie to niemożliwe! Ja go nienawidzę!
Jesteś pewna? - Zapytał piskliwy głosik w jej głowie.
Tak, nie, nie wiem! - Biła się z myślami.Ja go nie mogę teraz pokochać, nie po tym czego dowiedziałam się podczas wakacji!
- Dobrze się czujesz?-Zapytał Ron patrząc zatroskany na przyjaciółkę.
- Szlamie zaszkodziła nauka. Pewnie całe wakacje się uczyła więc na mózg jej już padło! -Zaśmiał się drwiąco Malfoy.
Wtedy dziewczyna nie wytrzymała.
- Nienawidzę cię Malfoy! Jesteś taki sam jak twój ojciec. Myślisz, że czysta krew jest lepsza, ale to nie prawda! Jesteś tylko aroganckim, zapatrzonym w siebie dupkiem. Nie rozumiesz, że każdy ma uczucia, nawet szlamy! Tyle, że ja już się do nich nie zaliczam. -Ostatnie zdanie powiedziała tak cicho,że ledwo usłyszała samą siebie.
Jesteś taki sam jak twój ojciec Draco wstrząsnęły te słowa. Chciał jej coś odpowiedzieć,poruszyć się, zrobić cokolwiek, ale nie potrafił.
Czy to prawda czy stawał się taki jak Lucjusz? Zawsze swojego ojca stawiał sobie jako wzór do naśladowania, ale teraz nie był już pewien czy chce być taki jak on.
-Chodźcie-powiedziała Hermiona zwracając się do dwóch przyjaciół.
Znaleźli przedział siedzieli w nim już Luna i Neville, ale im to nie przeszkadzało. Reszta drogi minęła spokojnie. Opowiadali jak spędzili wakacje i ogólnie atmosfera była miła jedynie Hermiona milczała. Patrzyła w okno i rozmyślała, a samotna łza spłynęła po jej policzku. Na szczęście przyjaciele nic nie zauważyli. Pociąg się zatrzymał.
-No tak jesteśmy na miejscu-pomyślała brązowowłosa. Zdjęła bagaż z półki i razem z przyjaciółmi wysiadła z pociągu.

komentarze [2]


Lay and html by Marhianne
oceny-fanfictiondodatki-hphermiona-opowiadaniehp-szablonyhaerdalisevans-kocham-ciethe-carrowsonly-togetherjenne-olsenzycie-to-przygodakatharsis-vampirecharmed-onesi-looked-in-the-mirrordies-aterdraco-hermionezycie-bez-zludzen